Koniec i początek

– Dlaczego jesteś smutny? – zapytał Kio swojego kolegę, który stał obok milcząc.
– Bo to już koniec – odparł Rino i ze smutkiem raz jeszcze spojrzał na zieloną dolinę, która rozciągała się przed nimi i wyglądała, jak trójwymiarowy obraz kochającego kolory impresjonisty.
– Koniec? – powtórzył po nim Kio – to duże słowo. Zazwyczaj koniec to zarazem początek czegoś innego, nowego. Wobec tego czegoś maleje i staje się nie aż takie przygnębiające.
– Czy ja wiem? – zapytał Rino w zamyśleniu – nie zawsze początek czegoś oznacza dobre rzeczy. Czasami zupełnie nie.
– Rino, daj spokój. Mazać mogą się słabeusze i małe dzieci. Jeśli smutno ci z tego powodu, że musimy stąd wyjechać pomyśl, ile szczęścia miałeś przeżywając tutaj tak dobre chwile. Tęsknota także oznacza, że coś dobrego zdarzyło nam się w życiu. To chyba w porządku?
– Udaje ci się nie czuć smutku? – zapytał Rino, patrząc na Kio z zaciekawieniem – jak to robisz?
– Czuję smutek – odparł Kio – ale staram się sobie z nim radzić. Myślę o tym, co dobrego mnie czeka i to mogą być drobiazgi. Na przykład nowa książka, którą po powrocie wypożyczę z biblioteki, albo nowa gra, którą ściągnę sobie z sieci. Wakacje to nie jedyna dobra rzecz na świecie! – Kio zaśmiał się i nastrój Rino poprawił się nieco.

Wakacje w dolinie były rzeczywiście wspaniałe. Poczucie wolności, piękna przyroda ogrzewana promieniami słońca od samego rana, ciepła woda w rzece, która była miejscami na tyle płytka i spokojna, że można było się w niej bezpiecznie kąpać. W innych miejscach była na tyle głęboka, że cały dzień przemierzali ją w kajakach, docierając do miejsc, które wyglądały jak rajskie ogrody, których nie odkrył dotąd żaden człowiek. Letnie wieczory to najwspanialsza część wakacji. Niebo usiane gwiazdami i dym z ogniska pędzący do gwiazd.

Piękne wakacje są jedną z tych rzeczy, które kształtują nas w dzieciństwie na resztę życia – tak mawiała babcia i na pewno miała rację. Niektórzy twierdzą, że to, za czym tęsknimy i co przywołuje w nas najlepsze wspomnienia mówi o nas najwięcej. Czy tak jest naprawdę? Z pewnością coś w tym jest.

Jesień przyszła znienacka i odmieniła zupełnie jeszcze niedawno zalane słońcem, rozgrzane ulice miasta. Powietrze pełne było wilgoci i zapachu liści, a ptaki za oknem cichły z dnia na dzień. Wspomnienia wakacji powoli zaczęły blednąć i przypominać nieco zapomniany sen, a z drugiej strony życie toczyło się równym tempem, połykając kolejne godziny i dni. Czasami deszcz stukał uporczywie w parapet już od rana, przywołując myśli o tym, co pilnego jest do załatwienia na dziś. Czasami słońce znienacka pojawiało się na niebie i wtedy wszystko wokół pełne było blasku.

Dlaczego czas lata, palącego słońca, gwałtownych burz i setek dźwięków i kolorów wydaje się czasem tak wyjątkowym i upragnionym? Dzieje się wtedy dużo i wszędzie, ludzie rozmawiają głośno do późnej nocy, a ich śmiech nad ranem dźwięczy, odbijając się od uchylonych okien i drzwi balkonowych. Sen bywa krótki i płytki, a dni – mimo, że długie – zdają się gnać dokądś na oślep.

Kio zapalił lampę stojącą obok fotela w dużym pokoju. Jasne światło objęło wysokie oparcie i koc w kratę. Książka z biblioteki miała miękkie kartki, które szeleściły przyjemnie przy przerzucaniu kolejnej strony – ile osób dotąd miało ją w swoich dłoniach i powierzyło jej swoje emocje i marzenia? Teraz była tutaj, jak portal do innego świata, który bywa zupełnie inny w zależności od tego, kto go używa. Kio usadowił się wygodnie i zagłębił w lekturze. Za oknem szumiały drzewa i wieczór powoli skradał się, żeby uciszyć odgłosy okolicy.

Lato ze swoim blaskiem i nieznośnym gorącem, który wspaniale chłodzą morskie fale lub miękka woda w jeziorze, odpłynęło w czas miniony. Jednak zostało gdzieś głęboko w tych, którym trudno było się z nim rozstać. Jak zapas drogocennej energii w tkankach i żyłach, która ciepłym strumieniem dociera do najdalszych komórek i daje im życie. Po to właśnie jest – nie po to, by trwało wiecznie. Za to jesień daje głowie i sercu czas na inne dobre emocje, małe wzruszenia i wielkie przeżycia – takie do głębi duszy, która wreszcie słyszy samą siebie. I wie – z roku na rok coraz lepiej – w jakim kierunku chce podążać.

Mama

Pewnego razu pewna mama

Postanowiła pobyć sama

Nie tak przez chwilę czy na trochę

Tylko na dłużej

Najpierw więc poszła na długi spacer

Sama by poczuć się raz inaczej

wypiła kawę w kawiarence, w małej kwiaciarni

Kupiła róże

Potem usiadła na ławeczce

By poopalać się troszeczkę

Bukiet pachnący tuż obok siebie

Położyła

Spojrzała w niebo całe w błękicie

– Piękne jest życie! – Tak pomyślała

Oczy przymknęła i całkiem się

Rozmarzyła

W końcu chwyciła bukiet róż

– pora do domu wracać już!

Co mi tam niebo i kawiarenki

Pustawe

W domu czekają na mnie dzieci

Tam jasne słońce dzień cały świeci

Ciekawe jaką wymyślą dzisiaj

Nową zabawę?

A kawę

przecież można pyszną

Wypić w domu!

Na co komu

Pić ją samotnie gdzieś tam … ?

Taka już jest ta upragniona

samotność mam 🙃

Maj

Maj 🍀🍀🍀
Co ma zielone oczy
I włosy jak liście zielone
Od świtu gada z ptakami
I zerka w stronę
rzeki
🐟🐠🐟🐠🐟
Czasami
plecak szmaciany
Na ramiona narzuca
I wędruje przed siebie
Mrucząc
opowieści
👟👟👟👟
Kapelusz 👒
Kawy kubek
Zapach trawy i słońca
I bezczynność słodka
Bez końca!
i bez początku💃💃💃
A czasami
świetlisty
Z uśmiechem czarującym
Ramiona rozpościera
I deszczem pachnącym
Spada na ziemię 🌦🌦🌦
Życie w Maju 💚 zwalnia tempo… ☝
😊😊😊

Most

Pewnego razu był sobie most. Mocny i solidny chociaż wyglądał tak, jakby był utkany z setek cieniutkich nitek, połączonych bardzo skomplikowanymi splotami. Tak naprawdę nie był zrobiony z cieniutkich nitek, bo to byłoby niebezpieczne. Materiały, których użyto do budowy były mocne, jak stal i trwałe, jak najmocniejsze liny okrętowe.
Most zawieszony był wysoko nad rwącą rzeką, pomiędzy dwoma skalistymi zboczami. Dzięki temu mieszkańcy okolic mogli przemieszczać się z jednej strony na drugą bezpiecznie i szybko. Nikt nie pamiętał kto i kiedy zbudował most, ale wszyscy bardzo się cieszyli, że mogą z niego korzystać.

Tak było przez długi czas jednak pewnego razu stało się coś dziwnego. Jedna barierka na moście uszkodziła się. Nie to jednak było dziwne. Dziwne było to, że nagle mieszkańcy z jednej strony rzeki zaczęli spierać się z mieszkańcami drugiej strony o to, kto powinien zająć się naprawą i ponieść jej koszty. Ponieważ uszkodzenie powstało z prawej strony mostu – patrząc od ujścia rzeki – mieszkańcy lewego brzegu uznali, że to nie ich problem. Jednak mieszkańcy obu brzegów korzystali przecież z całej długości mostu – barierka była więc potrzebna i jednym i drugim.

Patrząc na pewne sprawy z boku – lub z pewnej perspektywy – czasami bardzo szybko można znaleźć rozwiązanie. Jednak kiedy jest się w środku konfliktu, wówczas często nie jest to takie proste. Chociaż wydawałoby się, że powinno być odwrotnie. Temat uszkodzonej barierki urósł w niedługim czasie do rozmiarów poważnego problemu. Tak jakby barierki nie można było naprawić wspólnie w ciągu jednego dnia i zamknąć sprawę.
Zwaśnione strony z dnia na dzień coraz bardziej zaciekle broniły swoich racji i nagle życie nad rzeką stało się bardzo trudne. Mieszkańcy prawej strony mostu uznali, że skoro uszkodzona barierka jest po ich stronie mostu – mimo, że zawsze uważali, że most należy do wszystkich – postanowili nie wpuszczać na tę stronę sąsiadów z naprzeciwka. Mieszkańcy lewej strony byli oburzeni i codziennie domagali się naprawy uszkodzeń i jednocześnie możliwości korzystania z przejścia.
Wkrótce atmosfera stała się tak nieznośna, że już nikt nie zbliżał się do mostu i nikt z niego nie korzystał. Ci, którzy po drugiej stronie rzeki mieli przyjaciół lub nawet rodzinę nagle przestali się z nimi kontaktować. Ci, którzy zaopatrywali się po drugiej stronie rzeki w różne produkty nagle musieli się bez nich obejść. To powodowało frustrację i coraz większą niechęć do tych, którzy byli po drugiej stronie rzeki – bez względu na to, po której stronie się mieszkało.

Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc coraz trudniej żyło się nad rwącą rzeką. Z czasem już nikt nie pamiętał o uszkodzonej barierce za to wszyscy czuli w sobie wrogość i złość, jakiej nigdy chyba tu nie zaznano. Wielu osobom było z tym bardzo ciężko, a jednak nikt nie wiedział, jak wyjść z tego impasu. Wszelkie próby nawiązania kontaktu z drugą stronę uznawano za zdradę. Żadna ze stron nie dopuszczała też możliwości naprawienia barierki, bo to uznano by za poddanie się bez walki.
Sami słyszycie: poddanie się, walka, zdrada… Tego typu określeń nigdy przedtem tu nie używano. Teraz stały się bardzo popularne.

Mosty buduje się po to, żeby łączyć. Kiedy się je burzy, to znaczy, że nie chce się zgody i porozumienia. Most nad rwącą rzeką wciąż wisiał i mógł służyć tak wielu osobom. Tymczasem stawał się bezużyteczny, co było zupełnie niezrozumiałe.
– Rozbierzmy ten most! – krzyknął ktoś podczas jakiegoś zgromadzenia po prawej stronie rzeki.
– Przetnijmy liny – słychać było głosy po drugiej stronie rzeki – niepotrzebny jest skoro nikt z niego nie korzysta!
Zadziwiająca jednomyślność jak na dwie zwaśnione strony konfliktu. Czy nie można by tak w kwestii naprawy i przywrócenia mostowi jego dawnej roli?

Niektórzy twierdzą, że natura ludzka jest taka, że po prostu nie da się tak, aby na świecie była zgoda i przyjaźń. Konflikt jest wpisany w ludzką naturę i prędzej czy później da o sobie znać. Jaka szkoda, że tak chętnie przyjmujemy to za pewnik i poddajemy tej teorii, zamiast udowadniać na każdym kroku, że to nieprawda.

Któregoś dnia mieszkańcy obu stron rzeki zaczęli jednocześnie zbierać się przy moście. I jedni i drudzy przyszli z zamiarem zniszczenia mostu – na złość tym z naprzeciwka, chociaż przecież tak naprawdę chyba na złość sobie samym. Nagle jednak stało się coś zupełnie niespodziewanego. Jasne błękitne niebo w jednej chwili zasłoniły ciemne i ciężkie chmury. Zagrzmiało. Błysnęło. Zerwała się tak potworna burza, jakiej tutaj nie pamiętał nikt. Ludzie musieli skryć się w swoich domach, bo inaczej chyba zmyłoby ich z powierzchni ziemi.

Na drugi dzień rano, kiedy niebo znów było jasne i pogodne, oczom mieszkańców całej okolicy ukazał się smutny widok. Piękny i mocny most był w strzępkach. Mocne liny, które wyglądały, jak nitki, rozwiewał poranny wiatr. Nie było już zepsutej barierki. Nie było żadnych barierek. Nie było już nic.

To, co sobie wyobrażamy często nijak się ma do tego, co potem widzimy na oczy. Zazwyczaj to drugie nie dorównuje pierwszemu i dotyczy to zarówno wyobrażeń tego, o czym marzymy, jak i tego, czego bardzo nie chcemy. Tylko, że w przypadku marzeń wyobraźnia podsuwa piękniejsze obrazy niż mogą być w rzeczywistości. Z kolei w przypadku rzeczy nie fajnych i smutnych – dopiero rzeczywistość potrafi nam je unaocznić.

Kiedy mieszkańcy dwóch brzegów rzeki zobaczyli rozmiar zniszczeń poczuli wielki smutek. Jakimś cudem – jakby to nie było oczywiste od samego początku – dopiero teraz zrozumieli, że przejście na drugą stronę bez wiszącego mostu jest prawie niemożliwe. Rzeka, nad którą mieszkali miała bardzo wartki nurt, nikt nie odważyłby się jej przekraczać. Most był wybawieniem.

Mam nadzieję – i chyba wy także – że mieszkańcy otrzeźwieli i odłożyli na bok waśnie. Że razem zabrali się za budowę nowego mostu, który będzie służył wszystkim. A przy okazji z pewnością nauczyli się jednej ważnej rzeczy: że dużo łatwiej byłoby naprawić istniejący most – na przykład uszkodzoną barierkę – niż budować go całkiem od nowa. Bo mosty zerwane między ludźmi odbudowuje się czasami bardzo długo, a czasami – w ogóle nie da się tego zrobić. Warto zawsze o tym pamiętać.

Baranek

Pewnego razu był sobie baranek
Który był mistrzem
W robieniu pisanek
Robił ich mnóstwo każdego roku
zachwycał tym bardzo
Wszystkich wokół
‍‍‍‍‍‍‍‍‍‍‍
Na gładkie skorupki jajek wapniowe
Nanosił w skupieniu
Obrazki gotowe
Były tam góry, lasy i szare zające na łące
I jasne słońce i księżyc blady
I gwiazdy na niebie błyszczące
✨
I były miasta, małe miasteczka i rzeczki
Które tak lśniły jak wąskie
Niebieskie wstążeczki
I byli też ludzie, którzy tak wyglądali
Jak kiedy ktoś z bardzo wysoka patrzy
Drobniutcy i mali!
‍♂️‍‍♀️‍
A ich problemy całkiem wtedy znikały
Bo żeby je dostrzec z wysoka
były na to za małe
‍♀️‍♂️‍♀️‍♂️
Odmalowany przez baranka na pisankach świat
Wydawał się więc pozbawiony
Wszelkich wad
Świat pozbawiony smutku i mroku
odtwarzał baranek na skorupkach
Co roku
I ozdabiał go girlandami zielonych liści
Z nadzieją, że w końcu mu się
ziści…

Człowiek i Nuda

Pewnego razu był sobie człowiek
Który się nigdy nie nudził
Zawsze miał w głowie jakąś ideę
Z nowym pomysłem się budził

Wstawał gotowy by w życie wdrażać
Kolejne koncepcje swoje
Zajęć miał tyle, że by starczyło
Na ludzi dwoje lub troje

Czas mu upływał szybko i dobrze
I zawsze niezmiernie miło
Problem z zajęciem? Nudy na pudy?
To go nie dotyczyło!

Skąd brał pomysły? Skąd w jego głowie
Zawsze idei tysiące?
Ot, tak – po prostu – się pojawiały
Jak rano na niebie słońce!

Nigdy specjalnie tym się nie trudził
By wpaść na coś specjalnego
A jednak wciąż miał nowe pomysły
Po prostu – miał głowę do tego!

Nuda to proste i krótkie słowo
A tyle w sobie zawiera
W dodatku mimo, że takie krótkie
To jednak w plecy uwiera

Lecz nasz bohater brał je za rogi
Żeby ją zdystansować
I nuda nigdy mu nie dokuczała
Mógł się czym innym zajmować

Wiosna

Wiosna obudziła się późno jakoś. Za oknem słońce dawno już rozgościło się na niebie. Niebo oślepiało błękitem, a w gałęziach drzew ptaki rozgadane hałas czyniły niesamowity. Wiosna zdziwiła się, że spała tak mocno skoro dzień już taki piękny. Lecz może to tylko pozory? Może to Zima żarty sobie stroi? Bywa zmienną i czasami żarty się jej trzymają. Wiosna na szczęście dużo ma cierpliwości i spokoju w sobie. Cierpliwie czeka na swój czas i w ogóle nie przejmuje się tym, że Zima od czasu do czasu przymierza jej sukienki.

Na zjedzenie śniadania nie zostało już zbyt wiele czasu. Może wypicie jogurtu dzisiaj wystarczy. I kawa koniecznie – z liśćmi dzikiej koniczyny. Zieleń czas zacząć przyjmować w jak największych ilościach – zieleń daje zdrowie i życie. I mnóstwo energii, która przydaje się na co dzień. Zieleń to kolor życia, chociaż każdy kolor ma duże znaczenie dla Wiosny.

Niektórzy Wiosny nie traktują poważnie. Patrzą na nią z przymrużeniem oka. Wydaje się być zawsze zbyt młoda na to, żeby być poważną, zbyt zielona na to, żeby zrozumieć prawdziwe problemy otaczającego świata, zbyt radosna – czy to nie pozory? – żeby dało się z nią poważnie porozmawiać. Ubiera się zawsze za lekko. Nie dba o dodatki. Nie przejmuje się modą. Lubi wygodę i lubi życie, a kto dzisiaj je lubi? Tylko ci, którzy mają nie po kolei w głowie!

Czy kapelusze są modne w tym sezonie? Kto by się tym przejmował … Z pewnością nie Wiosna. Nigdy nie zważała na to, co na jej temat sądzą inni. Nigdy zresztą nie miała z tym jakiegoś problemu. Biegła przed siebie, nie zważając na innych – nie szkodząc nikomu, ale też nie zatrzymując się nad tym, co nie interesowało jej lub nie bawiło. Czy zbyt lekko podchodziła do wszystkiego? Być może. Czy było w tym coś złego? Chyba niezupełnie.

Czas płynie szybciej jakoś, kiedy ciepło i ptaki śpiewają. Dni trwają niby dłużej, a z drugiej strony – znienacka przychodzą ciepłe wieczory, które szybko pogrążają się w ciemności granatowych nocy. Trudno jest złapać chwile, które przelatują jak jerzyki w powietrzu nie gubiąc ani piórka. Czy warto je łapać? Czy lepiej patrzeć, jak fruną w piękną dal? Wiosna nigdy nie miała tendencji do zbieractwa. Wolała kwiaty rosnące na łące niż więdnące w wazonie. Wolała słowa, które wpływają na emocje w danej chwili niże te uwięzione na zawsze w formułkach, definicjach i teoriach.

Zapachy zdają się mieć kształty wiosną. Zdaje się czasami, że unoszą się w powietrzu jak duże mydlane bańki – tylko nie są z mydła, a z aromatów płynących od strony rzeki i lasu. Kiedy pęcherzyk zapachu pęka nam tuż obok nosa zdaje nam się, że wszystko wiruje i zaprasza nas do tańca. Oczywiście są i tacy, na których to nie działa. Zawsze tacy są. Wiosna to kolory i zapachy. Mówią, że powietrze pachnie wiosną inaczej, ale to nie powietrze pachnie. To przez powietrze płyną zapachy, które tworzyłyby niesamowity krajobraz, gdyby tylko były widzialne.

Co roku Wiosna budzi się z lekkim bólem głowy. Z roku na rok jest starsza – czy to jest przyczyną? Być może. Być może z wiekiem nabierała rozumu, a przecież to boli. No – sami przyznajcie! Lepiej jest biec przez życie nie myśląc i nie czując. Wtedy nie boli nic. Na ból myślenia jest jednak rada. Zdrowa dieta – ot co. Dużo zieleni – stąd w kawie dzika koniczyna – i dużo barwnych warzyw i owoców. Przy takiej diecie myśli są lżejsze. Głowa jest lżejsza. Dłonie i stopy także. Po prostu.

Zima zebrała poły swojego długiego szarego płaszcza i rozejrzała się w zamyśleniu. Trzeba mieć dużo w sobie pewności, żeby nie dać się stłamsić złej opinii. Tylko dzieci lubią Zimę. To jej wystarczy. Zresztą co ją to właściwie obchodzi? Jeśli ma się do spełnienia rolę, a z drugiej strony taką, a nie inną osobowość to czy warto ciągle od nowa to rozpatrywać pod każdym możliwym kątem? Czy nie szkoda na to czasu?

Wiosna w przekrzywionym kapeluszu wpadła na nią w progu. Zima spojrzała surowym wzrokiem tak, jak się patrzy na młodszą siostrę. Czyli nie takim aż surowym, jak można by sądzić. Jednym ruchem dłoni poprawiła kapelusz Wiosny na jej głowie.

– Teraz lepiej – mruknęła – i nie szalej tak. Potem znów będziesz narzekać, że bolą cię nogi. Czasami usiądź, poczytaj trochę. Świat kręci się przecież bez tej twojej ciągłej bieganiny.

– Dobrze – uśmiechnęła się Wiosna – postaram się trochę uspokoić chociaż wiesz jaka jestem …

– Wiem, wiem – odparła Zima i odwróciła się do drzwi – odzywaj się czasem.

– Będę! – zawołała Wiosna i uśmiechnęła się na myśl o czułych listach od siostry, które spadały lekkimi płatkami śniegu na zielone łąki jeszcze na początku kwietnia.

Sobota

Sobota. Siódma rano
Słońce już dawno na niebie
w szarej sukience dzisiaj
Bo to nie wiosna jeszcze
Za oknem ptasie gadanie
Dzień się powoli rozkręca
Patrzy na niebo strapiony
Czy go nie przemyć deszczem…?
Wiedźma na szarej komodzie
Rozgląda się czujnym okiem
Podparta na swojej miotle
Wygląda całkiem jak żywa
‍♀️‍♀️‍♀️‍♀️‍♀️‍♀️
Obok druciana ławeczka
Z ładnie wygiętym oparciem
Mruczy pod nosem kontenta
Że taka jest urodziwa
W powietrzu się unoszą
Ważne pytania o życie
O to co jest istotne
I tego typu sprawy
W leniwy sobotni poranek
Ważą mniej nieco niż zwykle
I trochę je rozprasza
Zapach porannej kawy

 

Samolubny strach

Pewnego razu był sobie strach. Nie jakiś olbrzymi, ale też nie całkiem mały. Mieszkał sobie nieopodal i miał się całkiem dobrze. Nigdy się nie nudził. Był bardzo towarzyski i chętnie odwiedzał ludzi, którzy mieszkali obok. Lubił spędzać z nimi czas, zagadywać, opowiadać różne historie. Czasami nawet zdarzało mu się żartować. Uważał samego siebie za dobrego kompana i w związku z tym nie miał zamiaru tego nigdy zmieniać.
Tymczasem ludzie, którzy mieli z nim do czynienia, nie zawsze mieli o nim dobre zdanie. Niektórzy, owszem, twierdzili, że jego obecność bywa nawet przydatna. Zawsze przypominał im o różnych ważnych sprawach do załatwienia. O niektórych nawet zbyt często. Jednak byli i tacy, którzy miewali go dość. Nawet bardzo miłe towarzystwo potrafi czasami znużyć. A strach bywał miły, ale potrafił być także trudny w relacjach. Nie każdy potrafił sobie z tym poradzić.
Strach nie przejmował się tym zbytnio. Miał dość silną osobowość. Zawdzięczał to z pewnością swojemu pochodzeniu. Jego przodkowie należeli niegdyś do rodów panujących na świecie. Zawsze byli bardzo ambitni, a z drugiej strony – wszędobylscy. Wielcy podróżnicy, zdobywcy świata, tacy, co to zawsze przewodzą grupie i wszyscy wokół patrzą na nich z podziwem. Chociaż ten podziw bywa zazwyczaj podszyty obawami i niepewnością.
Strach był bardzo pewny siebie. Wiedział też, że jego pewność siebie jest większa niż ludzi wokół. Dlatego w ogóle nie przejmował się tym, co myślą, czują czy czego potrzebują. Potrafił wpaść nagle do czyjegoś domu, narobić szumu i hałasu, rozsiąść się przy stole i oczekiwał, że wszyscy będą skakać wokół niego. I zwykle tak było. W wielu domach tak go właśnie traktowano, chociaż wcale nie chciano. Po prostu tak działał na innych.

Pewnego razu postanowił odwiedzić znienacka kolejnych sąsiadów. Bywał u nich już przedtem czasami, ale rzadko i wpadał tylko na chwilę. Teraz wpadł na pomysł, że może nawiąże bliższe relacje. Nie miał zamiaru się zapowiadać z wizytą – tego typu osobowości zachowują się tak, jakby wszyscy zawsze tylko czekali na ich wizytę. Zamierzał wpaść tam zupełnie niespodziewanie i posiedzieć nieco dłużej.
Kiedy wreszcie pojawił się u sąsiadów ci z początku byli nieco zdezorientowani. Dotąd omijał ich dom i byli z tego bardzo zadowoleni. Teraz wszedł jakby nigdy nic, usiadł wygodnie w fotelu i rozglądał się z zainteresowaniem po wnętrzu.
– Ładnie tu – rzekł w końcu – przytulnie. Chętnie napiję się czegoś.
Zwykła gościnność nakazywała, żeby spełnić jego prośbę. Otrzymał więc szklankę soku i nawet kawałek ciasta. Mieszkańcy rozmawiali z nim grzecznie i nawet przyjaźnie, lecz z pewnym dystansem. W końcu nie bardzo wiedzieli, po co przyszedł i jakie ma zamiary.
Strach wziął za dobrą monetę ich przyjazne nastawienie. Spodobało mu się tutaj i był już pewien, że będzie wpadał częściej. Jednak dobre wychowanie było czymś, z czym spotykał się u innych – sam nie był w tym dobry, a nawet w ogóle nie miał o tym pojęcia. W związku z tym zdarzało mu się wpadać z wizytą w zupełnie nieodpowiednich porach, na przykład o świcie, kiedy gospodarze dopiero się budzili, albo też zasiedzieć się do późna. Bywało nawet, że całą noc męczył swoich nowych przyjaciół opowieściami i żartami, nie zważając na to, że są już bardzo zmęczeni. To zaczynało być naprawdę uciążliwe.
Różni ludzie z życzliwości doradzali nieszczęśnikom, żeby więcej nie wpuszczali strachu do domu. Żeby zamknęli drzwi i okiennice, zmienili zamki. Przecież to ich dom, a nie jego. Niech sobie siedzi u siebie, a nie zawraca głowę innym. Jeszcze inni twierdzili, że ludzie ci powinni się wyprowadzić. W miejsce, o którym strach się nie dowie i nigdy tam nie trafi. Wtedy będą mieli spokój.
– On się nie odczepi – mówili – zatruje wam życie! Czy wiecie ile rodzin już zniszczył? Ile przyjaźni? To nie jest miły gość. Naprawdę.

Jednak ludzie, których strach ostatnio tak często nawiedzał nie zamierzali się wyprowadzać. Nie chcieli także siedzieć zamknięci w domu i udawać, że ich nie ma. To mogło być rozwiązaniem tylko na krótką metę, a poza tym było chyba czymś jeszcze gorszym niż nieproszone wizyty uciążliwego strachu. Zamiast uciekać i wymyślać rozwiązania, które musiałyby całkowicie wywrócić ich życie do góry nogami, postanowili zrobić coś zupełnie innego. I chociaż to nie było łatwe postanowili spróbować.
Kiedy strach po raz kolejny odwiedził ich znienacka zaprosili go do stołu i zasiedli obok niego. Po wstępnej rozmowie o błahych sprawach, kiedy strach już miał zaczynać jakąś swoją opowieść, przerwali mu. Zdziwił się bardzo, bo dotąd nikt nie odważył się tak go potraktować, ale wkrótce miał się przekonać, że jego zdziwienie może być większe.
– Strachu – zaczęli – bywasz tutaj ostatnio bardzo często. Spędzasz z nami dużo czasu, długie godziny przebywasz w naszym domu. To musi się zmienić.
– Ależ….- zaczął strach z oburzeniem, jednak pewne siebie i wymowne spojrzenia gospodarzy kazały mu zamilknąć.
– Dobre relacje sąsiedzkie są dla nas bardzo ważne. Sam musisz przyznać, że kiedy pojawiłeś się po raz pierwszy przyjęliśmy cię bez zastrzeżeń.
– Prawda – mruknął strach
– Pewnie smutno ci trochę samemu w domu i lubisz towarzystwo innych ludzi
– O tak! – krzyknął strach
– Jednak – kontynuowali gospodarze – każdy ma swoje życie. Chcielibyśmy ustalić z tobą, żebyś nie …
– Mam nie przychodzić? – strach podniósł się i spojrzał gniewnie na ludzi – wyganiacie mnie? Mnie??? Nikt dotąd się nie odważył!
– Wcale cię nie wyganiamy – odparli – po prostu nie możesz tu przebywać kiedy chcesz i jak długo chcesz. Jeśli ustalimy zasady twoich wizyt wówczas może wszystko się jakoś ułoży.
Strach usiadł na krześle i patrzył zdziwiony na ludzi. Dotąd nikt w okolicy tak do niego nie przemawiał. Nie bardzo teraz wiedział, czy powinien się złościć czy raczej cieszyć. Zupełnie nowe emocje zawładnęły nim na chwilę.

Ponieważ to bajka – wszystko jakoś się faktycznie ułożyło. Strach nadal bywał w domu tych ludzi, ale już nie przesiadywał do nocy. To oni decydowali o tym, jak długo może u nich być i kiedy. Nie było to łatwe. Stare przyzwyczajenia mają dużą moc. Jednak systematyczna praca sprawia, że z czasem są wypierane przez nowe i lepsze. Tylko potrzebna jest ta praca. Dzięki niej strach pokazał im dużo swoich dobrych stron, o które wcześniej w ogóle by go nie podejrzewali

Inni ludzie dziwili się:
– Przyjaźnicie się ze strachem? Naprawdę? To przecież taki okropny samolub! I źle wychowany.
A oni odpowiadali:
– Nie jest taki zły, jeśli odpowiednio z nim postępować. Spróbujcie sami. Można się z nim jakoś dogadać.
Ludzie tylko kiwali głowami z niedowierzaniem i odchodzili.
Ale przecież to prawda. Nawet ze strachem można się dogadać. Nie dokucza wtedy tak bardzo. I okazuje się, że ma także dobre strony. Jak niemal wszyscy i wszystko w naszym życiu. Prawda?

8.01.23
W kąciku świata
Mam swój skraweczek
Przestrzeni
Dużo powietrza
Chmury niebieskie
Trochę zieleni
Dobre emocje
Kwitną tu
nie tylko wiosną
Te trudne także
Czasem tuż obok
Spokojnie rosną
Czasami ptaki
Tutaj zimują
I barwne motyle
To tylko skraweczek
Na nim ławeczka
… Aż tyle 🙂
Też macie swój?